You are currently browsing the monthly archive for listopad, 2006.
Ubuntu to, jak wiadomo, nie jest zwykły pingwin. Tylko pomieszany: z jelonkiem, traszką, a nawet o zgrozo kaczorem (!), borsukiem i jeżem. Teraz do tej menażerii może dołączyć… kameleon. Mark Shuttleworth włożył kij w mrowisko na liście dyskusyjnej Opensuse, zachęcając deweloperów tej dystrybucji, aby zainteresowali się Ubuntu. Ma to oczywiście związek z porozumieniem Novell-Microsoft, które wywołało wiele obaw i krytyczynych uwag w łonie wspólnoty. Jak będzie, zobaczymy. Jednak apel Marca jest faktem.

Wyszła już druga wersja beta Flasha 9 dla Linuksa, w której poprawiono sporo bugów, zwiększając tym samym stabilność. Można ją pobrać stąd
Pobawiłem się dzisiaj z nowym cudeńkiem Microsoftu, czyli Panią Dewey. Zabawny pomysł, a sama Janina Gavankar też jest niczego sobie. Jednak jest to dość niepraktyczne z uwagi na czas oczekiwania i niezbyt czytelną prezentację odpowiedzi.
Najfajniejsze jest to, że pojawia się trochę żartów: wpisanie takich haseł, jak Blue Screen of Death, Ubuntu, European Commission, Linux, Apple, Steve Jobs, Open Source, Internet Explorer, Firefox czy jeszcze innych, wymienionych np. tutaj pozwala nawet się trochę pośmiać. Hasła można wpisywać kilka razy, bo reakcje
(np. na hasło Ubuntu) bywają różne.
Prawo wyborcze w Polsce często mnie irytuje, bo też nie brak w nim absurdów. Weźmy taką ciszę wyborczą: kto u licha wymyślił ten kretynizm? Nie dość, że łamie się w ten sposób wolność słowa, to na dodatek jest to rozwiązanie zupełnie sztuczne. Dlaczego można prowadzić agitację w piątek o 23.59 a w sobotę o godzinie 0.01 już nie? Czemu to służy? Dlaczego plakat można powiesić w piątek i będzie wisiał potem kilka miesięcy, a nie można go wywiesić (ani zerwać!) w sobotę? Niech nikt nie mówi mi, że ludzie potrzebują czasu na “spokojną refleksję”, bo to już jest zupełnie śmieszne.
Tak samo irytuje mnie proporcjonalny system wyborczy w wyborach do Sejmu, który jest źródłem wielu patologii (brak możliwości sprawnego realizowania programu przez zwycięzców, brak rzeczywistej kontroli wyborców nad posłami). Podobnym absurdem są dla mnie powszechne wybory prezydenta, który ma naprawdę dość małą władzę i powinno go wybierać Zgromadzenie Narodowe albo jakieś ciało elektorskie (np. posłowie, senatorowie i przedstawiciele samorządu).
Ale jedno mi się u nas podoba: to, że nie ma obowiązku głosowania. Dzięki temu mogę bezkarnie pokazać naszym politykierom, jak mało obchodzą mnie ich gierki. Zwłaszcza, że w Warszawie naprawdę nie ma, na kogo głosować. Na komisarza z Gorzowa? Na HGW co? Na postkomunistę, który pokłócił się z tow. Millerem? Na człowieka-muchę? Wolne żarty… Parę razy w życiu głosowałem na ”mniejsze zło” i zawsze potem miałem wrażenie, że był to zmarnowany wysiłek, bo zło wcale nie było przez to małe. Czas przestać ułatwiać życie politykom w wersji testowej/niestabilnej. Niech najpierw dojrzeją, wtedy pomyślę o udziale w wyborach.
Choć z drugiej strony – politycy wcale się nie martwią z powodu absencji szaraczków. Przeciwnie: wielu już popularnych i wybranych boi się wyższej frekwencji, bo wtedy wyniki głosowania mogłyby być zupełnie inne… A tylko przed kamerami biadolą obłudnie, jak to źle, że ludzie nie chcą głosować. Z tego punktu widzenia rację ma J. Saramago (rzadko zgadzam się z komunistami, ale tym razem jednak tak
), który w ostatniej powieści proponuje w ramach protestu pójście do wyborów i wrzucenie czystych kartek. Gdyby tylko 20 proc. ludzi tak zrobiło, to już byłby dla rządzących czytelny sygnał: “Hola panowie, już dość tego szczeniactwa i partactwa!”. Ale to jest niemożliwe. Więc póki co korzystam z mego prawa warchoła i nie głosuję. No i dobrze mi z tym, jakby się kto pytał.
Ostatnio przypomniałem to sobie bardzo boleśnie. Miałem na dysku Windows obok Ubuntu 6.06. Używałem go rzadko, tylko w stanie wyższej konieczności (na przykład, gdy musiałem skorzystać z paru gier, jakie mam w swym posiadaniu.
No, ale tak czy owak Windows na dysku był. Mulił się coraz bardziej, drażnił w bootloaderze, ale istniał. Aż nagle zdechł. Tak po prostu. Po zainstalowaniu nowego programu do wypalania płyt przestał się ładować i już. Wszystkie tryby awaryjne i inne cuda-niewidy, na które poświęciłem z godzinę, nic nie dały. Pozostała reinstalacja… I co było dalej? Ano koszmar.
Jeszcze w tym momencie instalator bootował się z płyty CD, ale postanowiłem chwilowo odłożyć instalację, żeby uprzednio skopiować co ważniejsze rzeczy z partycji Windows na linuksową Home. Natrudziłem się, ale po tej operacji instalator Windows już nie chciał się uruchomić. Bootuje się z płytki i… black screen of death.
Przy czym napęd był najzupełniej OK, bo płytka instalacyjna z Ubuntu 6.10 śmigała jak należy. A gdy po którymś z rzędu restarcie i zastosowaniu dyskietki ratunkowej (pierwszy raz od kilku lat miałem floppy w ręku!), instalator w końcu ruszył, to sformatował mi cały dysk, choć miał to zrobić tylko z partycją NTFS. Wcześniej już reinstalowałem Windows w ten sposób i partycje linuksowe ocalały. Ale nie tym razem. Trochę danych straciłem, choć na szczęście najważniejsze rzeczy zgrywam na płytki, więc nie jest aż tak źle. Najgorsza była strata czasu poświęcona na te durną reinstalację.
Jedno mnie tylko pociesza. Mając czysty dysk, zmobilizowałem się wreszcie do zainstalowania Edgy Efta. I jestem z niego bardzo zadowolony, zwłaszcza że nawet udało mi się bez trudu uruchomić kartę wifi, z której odpaleniem w wersji beta były jeszcze kłopoty. Ponadto instalacja Ubuntu, nawet w wersji 64-bitowej, która sprawia więcej kłopotów (opera, flash, kodeki, beryl itp.) jest duuuuuuuuuużo krótksza niż instalacja Windows z wszystkimi dodatkowymi sterownikami, programami, itp., dzięki którym system staje się zdatny do użytku. Samo “gołe” Ubuntu instaluje się bez porównania szybciej niż “gołe” Windows. Późniejsza personalizacją też jest dużo szybsza, oczywiście jak ktoś ma wprawę.
Ciekawy TEKST PO ANGIELSKU , którego autor przedstawia dziesięć największych pomyłek i porażek w historii branży komputerowej. Ja osobiście cieszę się, że na liście znalazł się mój własny faworyt Windows ME (znany jako Microsoft Experiment, Moron Edition, Mistake Edition albo Memory Eater).
Warto sobie dziś zadać to pytanie. No bo jeśli firma z Redmond zawiera porozumienie o partnerstwie z Novellem, aby w ten sposób zbliżyć się do lunuksowego świata… Celem ma być zbudowanie “mostu” między Windows a Linuksem, aby zwiększyć interoperacyjność i ułatwić życie użytkownikom korzystającym z obu systemów. Microsoft i Novell będą teraz współpracować w wymiarze technicznym i handlowym. Oznacza to m.in. współpracę w ramach wspólnego ośrodka badawczego (m.in. nad wirtualizacją, usługami internetowymi oraz kompatybilnością oprogramowania biurowego). Ponadto Microsoft będzie zalecał swoim klientom, pragnącym koniecznie korzystać z Linuksa, zainstalowanie dystrybucji SuSE. Przypominam, że kilka dni temu Microsoft porozumiał się też z firmą Zend (tą od PHP)… No a wcześniej, także z MySQL i JBoss.
Wszystko to brzmi co najmniej zaskakująco. Przecież do tej pory Microsoft twardo bronił swojej pozycji rynkowej, szermując w tym celu niewybrednymi argumentami natury ideologicznej (Steve Ballmer i Bill Gates twierdzili, że wolne oprogramowanie to “rak” i nowa forma “komunizmu”). Oczywiście Microsoft nie posuwa się aż tak daleko, jak IBM czy Oracle, ale widać wyraźnie, że także firma z Redmond zaczęła doceniać siłę społeczności Open Source, zwłaszcza w zastosowaniach typu enterprise.
Innymi słowy - rosnące rynkowe znaczenie Linuksa zmusza do podjęcia pewnej współpracy. Nie możesz pokonać wroga, to się do niego przyłącz. Microsoft już nie raz pokazywał, że dobrze zna tę zasadę.
