Prawo wyborcze w Polsce często mnie irytuje, bo też nie brak w nim absurdów. Weźmy taką ciszę wyborczą: kto u licha wymyślił ten kretynizm? Nie dość, że łamie się w ten sposób wolność słowa, to na dodatek jest to rozwiązanie zupełnie sztuczne. Dlaczego można prowadzić agitację w piątek o 23.59 a w sobotę o godzinie 0.01 już nie? Czemu to służy? Dlaczego plakat można powiesić w piątek i będzie wisiał potem kilka miesięcy, a nie można go wywiesić (ani zerwać!) w sobotę? Niech nikt nie mówi mi, że ludzie potrzebują czasu na “spokojną refleksję”, bo to już jest zupełnie śmieszne.
Tak samo irytuje mnie proporcjonalny system wyborczy w wyborach do Sejmu, który jest źródłem wielu patologii (brak możliwości sprawnego realizowania programu przez zwycięzców, brak rzeczywistej kontroli wyborców nad posłami). Podobnym absurdem są dla mnie powszechne wybory prezydenta, który ma naprawdę dość małą władzę i powinno go wybierać Zgromadzenie Narodowe albo jakieś ciało elektorskie (np. posłowie, senatorowie i przedstawiciele samorządu).
Ale jedno mi się u nas podoba: to, że nie ma obowiązku głosowania. Dzięki temu mogę bezkarnie pokazać naszym politykierom, jak mało obchodzą mnie ich gierki. Zwłaszcza, że w Warszawie naprawdę nie ma, na kogo głosować. Na komisarza z Gorzowa? Na HGW co? Na postkomunistę, który pokłócił się z tow. Millerem? Na człowieka-muchę? Wolne żarty… Parę razy w życiu głosowałem na ”mniejsze zło” i zawsze potem miałem wrażenie, że był to zmarnowany wysiłek, bo zło wcale nie było przez to małe. Czas przestać ułatwiać życie politykom w wersji testowej/niestabilnej. Niech najpierw dojrzeją, wtedy pomyślę o udziale w wyborach.
Choć z drugiej strony – politycy wcale się nie martwią z powodu absencji szaraczków. Przeciwnie: wielu już popularnych i wybranych boi się wyższej frekwencji, bo wtedy wyniki głosowania mogłyby być zupełnie inne… A tylko przed kamerami biadolą obłudnie, jak to źle, że ludzie nie chcą głosować. Z tego punktu widzenia rację ma J. Saramago (rzadko zgadzam się z komunistami, ale tym razem jednak tak
), który w ostatniej powieści proponuje w ramach protestu pójście do wyborów i wrzucenie czystych kartek. Gdyby tylko 20 proc. ludzi tak zrobiło, to już byłby dla rządzących czytelny sygnał: “Hola panowie, już dość tego szczeniactwa i partactwa!”. Ale to jest niemożliwe. Więc póki co korzystam z mego prawa warchoła i nie głosuję. No i dobrze mi z tym, jakby się kto pytał.

No comments yet
RSS dla komentarzy tego wpisu