Obejrzałem sobie “Happy feet”. Z seansu wyniosłem niezłe wrażenia. Doskonała animacja, sporo humoru, no i te pingwiny – bliskie sercu każdego użytkownika Linuxa. Trochę za dużo jednak popowych piosenek przerywających akcję na dłuuuugie momenty (moją córkę wyraźnie nudziły te piosenkarskie popisy, a i mnie też nie zachwyciły). No i beznadziejny edukacyjny smrodek (w sensie idealistyczno-ekologicznym), zakończony – a jakże – zwycięstwem pingwiniej Drużyny Pierścienia. Rolę Mordoru pełni Nowy Jork.
Ogólnie jednak warto było pójść. Choćby tylko po to, żeby popatrzeć na Ramona (super płetwiak, ten opierzony hombre najbardziej przypadł mi do gustu) albo na Lovelace’a.

No comments yet
RSS dla komentarzy tego wpisu