You are currently browsing the category archive for the 'komputery & okolice' category.

Ucieszyła mnie informacja, że Ubuntu zyskało do tej pory 6 milionów użytkowników. Jak na dwa lata istnienia, to 5 stabilnych dystrybucji i 6 milionów użytkowników jest chyba sporym sukcesem.
Oczywiście można kręcić nosem, że słynny bug # 1 jest daleki od rozwiązania. Ale poczekajmy. Linux, który jeszcze parę lat temu był akademickim hobby, a potem zdominował serwery, dziś staje się pełnoprawną i atrakcyjną dla przeciętnego użytkownika (to m.in. dzięki Ubuntu) alternatywą dla zamkniętego i płatnego oprogramowania desktopowego. To nie znaczy, że wszyscy kiedyś przejdą na Linuksa. Ja sam, choć już od wielu lat używam Linuksa, to muszę korzystać również z Windows (w pracy), a ostatnio kupiłem sobie Macbooka i na razie z przyjemnością używam na nim Mac OS X. Ale jestem przekonany, że za rok dystans między Linuksem a Windows będzie mniejszy i tego sobie życzmy.

Garść uwag o sprzęcie po kilku dniach dość intensywnego używania. Po pierwsze Macbook jest lekki, a nawet dość filigranowy. Matryca jest nieduża (13,3 cala), ale gui w Mac OS X jest tak dobrze graficznie dopracowane, że tego się prawie nie czuje. Na ekranie wszystko jest ostre, wyraźne, są żywe kolory, itd. Oczywiście mały rozmiar jest zaletą, jeśli ktoś potrzebuje komputera przenośnego do pracy, a nie kombajnu do wszystkiego. W przeciwnym razie trzeba sobie sprawić raczej Macbooka pro (z kartą graficzną wyższej klasy i większą matrycą).
Część użytkowników drażnić może lustrzany wyświetlacz, zwłaszcza gdy ma się mocne źródło światła za plecami. Ale to rzecz gustu. Np. mojej żonie taki LCD bardzo się podoba.
Obiektywnym utrudnieniem są dość ostre krawędzie drażniące nadgarstki. Niby sprzęt jest opływowy w kształcie, ale krawędzie wewnątrz obłe nie są, co przeszkadza w pracy.
Inna sprawa, o której warto wspomnieć: to nie jest laptop, tylko notebook, co podkreśla firma Apple. To znaczy, że nie bierze ona odpowiedzialności za możliwy dyskomfort związany z trzymaniem sprzętu na kolanach. Macbook lubi się nagrzewać, to fakt. Na szczęście tylko od dołu (na klawiaturze właściwie ciepła nie czuć). Rozwiązanie jest proste: jakaś podkładka, np. komiks :) , gdy kładziemy Macbooka na kolanach albo instalacja programu do regulacji pracy wiatraka. To drugie rozwiązanie wychładza sprzęt, ale komputer zaczyna być wtedy słyszalny. Bo normalnie to go właściwie w ogóle nie słychać. :) Oczywiście w stresie wiatraki włączają się automatycznie i wtedy słychać szum (moim zdaniem cichszy niż w pecetach), ale gdy obciążenie sprzętu maleje, to po kilkunastu sekundach znów panuje błoga cisza.
Do wad można teź podciągnąć brak czytnika kart, normalnego złącza DV (jest tylko mini-DV, za wtyczkę trzeba zapłacić 20 euro) i obecność tylko dwóch portów USB (hub też tani nie jest) oraz napęd optyczny pozbawiony możliwości “ręcznego” wydobycia płyty. Jeśli włoży się do kieszeni nieczytelną płytkę i Macbook zacznie nią mielić, to może być trudno ją potem wydobyć – może to zająć sporo czasu.
Zalety to oczywiście już wspomniane niewielkie rozmiary (jak dla mnie jest to zaleta), dobra kamerka, niezły dźwięk (może głośniki nie są bardzo mocne, ale jak na laptop wystarczające, a słuchawki od iPoda dają bardzo dobrą jakość dżwięku). Plus za touchpada (duży rozmiar i przewijanie dwoma palcami) i wygodną klawiaturę.  Bateria też ma dobrą wytrzymałość, a system zarządzania energią jest nawet bardzo dobry.
Jak zresztą cały Mac OS X – system bardzo szybki, bardzo intuicyjny, niezwykle stabilny, bezpieczny, przystępny nawet dla ludzi słabo obytych z komputerem i naprawdę estetyczny. Windows XP się nie umywa pod żadnym względem. Bardzo odpowiada mi również karta wifi (Airport). Zero problemów z uzyskaniem połączenia przez Airport z neostradą, którą mam w domu, i innymi sieciami wifi.
Generalnie zakupu nie żałuję, aczkolwiek pewne wady można dostrzec. No ale to dotyczy chyba każdego sprzętu. Wymienione tu uwagi krytyczne wcale nie zniechęcają mnie do tego notebooka, bo pomimo kilkuniedociągnięć komfort pracy na Macbooku jest naprawdę wysoki, a sprzęt jak na swoją cenę jest wydajny.

Opisów, jak postawić Ubuntu na Macbooku w sieci nie brakuje. Ot choćby i tu
Ale czy warto to robić, skoro wszysto działa tak pięknie? Nawet bateria cudnie grzeje w kolana w te długie jesienne wieczory. :)
Sam już nie wiem, czy warto zajmować część dysku, żeby mieć na notebooku swoją ulubioną dystrybucję linuksową. A poza tym to jednak wymaga trochę krwi, potu i łez… Lektura opisów pokazuje, że trzeba by poświęcić parę godzin na instalację. I tak już się waham od trzech dni. Ubuntu or Not Ubuntu – oto jest pytanie.

Dzisiaj zamieszkał u mnie Macbook (model MacBook 13,3″ Intel Core 2 Duo 2 GHz). I życie nabrało nowych barw
Macbook

Ubuntu to, jak wiadomo, nie jest zwykły pingwin. Tylko pomieszany: z jelonkiem, traszką, a nawet o zgrozo kaczorem (!), borsukiem i jeżem. Teraz do tej menażerii może dołączyć… kameleon. Mark Shuttleworth włożył kij w mrowisko na liście dyskusyjnej Opensuse, zachęcając deweloperów tej dystrybucji, aby zainteresowali się Ubuntu. Ma to oczywiście związek z porozumieniem Novell-Microsoft, które wywołało wiele obaw i krytyczynych uwag w łonie wspólnoty. Jak będzie, zobaczymy. Jednak apel Marca jest faktem.

Flash
Wyszła już druga wersja beta Flasha 9 dla Linuksa, w której poprawiono sporo bugów, zwiększając tym samym stabilność. Można ją pobrać stąd

Pobawiłem się dzisiaj z nowym cudeńkiem Microsoftu, czyli Panią Dewey. Zabawny pomysł, a sama Janina Gavankar też jest niczego sobie. Jednak jest to dość niepraktyczne z uwagi na czas oczekiwania i niezbyt czytelną prezentację odpowiedzi.
Najfajniejsze jest to, że pojawia się trochę żartów: wpisanie takich haseł, jak Blue Screen of Death, Ubuntu, European Commission, Linux, Apple, Steve Jobs, Open Source, Internet Explorer, Firefox czy jeszcze innych, wymienionych np. tutaj pozwala nawet się trochę pośmiać. Hasła można wpisywać kilka razy, bo reakcje
(np. na hasło Ubuntu) bywają różne.

Ostatnio przypomniałem to sobie bardzo boleśnie. Miałem na dysku Windows obok Ubuntu 6.06. Używałem go rzadko, tylko w stanie wyższej konieczności (na przykład, gdy musiałem skorzystać z paru gier, jakie mam w swym posiadaniu. :) No, ale tak czy owak Windows na dysku był. Mulił się coraz bardziej, drażnił w bootloaderze, ale istniał. Aż nagle zdechł. Tak po prostu. Po zainstalowaniu nowego programu do wypalania płyt przestał się ładować i już. Wszystkie tryby awaryjne i inne cuda-niewidy, na które poświęciłem z godzinę, nic nie dały. Pozostała reinstalacja… I co było dalej? Ano koszmar.

Jeszcze w tym momencie instalator bootował się z płyty CD, ale postanowiłem chwilowo odłożyć instalację, żeby uprzednio skopiować co ważniejsze rzeczy z partycji Windows na linuksową Home. Natrudziłem się, ale po tej operacji instalator Windows już nie chciał się uruchomić. Bootuje się z płytki i… black screen of death. :) Przy czym napęd był najzupełniej OK, bo płytka instalacyjna z Ubuntu 6.10 śmigała jak należy. A gdy po którymś z rzędu restarcie i zastosowaniu dyskietki ratunkowej (pierwszy raz od kilku lat miałem floppy w ręku!), instalator w końcu ruszył, to sformatował mi cały dysk, choć miał to zrobić tylko z partycją NTFS. Wcześniej już reinstalowałem Windows w ten sposób i partycje linuksowe ocalały. Ale nie tym razem. Trochę danych straciłem, choć na szczęście najważniejsze rzeczy zgrywam na płytki, więc nie jest aż tak źle. Najgorsza była strata czasu poświęcona na te durną reinstalację.

Jedno mnie tylko pociesza. Mając czysty dysk, zmobilizowałem się wreszcie do zainstalowania Edgy Efta. I jestem z niego bardzo zadowolony, zwłaszcza że nawet udało mi się bez trudu uruchomić kartę wifi, z której odpaleniem w wersji beta były jeszcze kłopoty. Ponadto instalacja Ubuntu, nawet w wersji 64-bitowej, która sprawia więcej kłopotów (opera, flash, kodeki, beryl itp.) jest duuuuuuuuuużo krótksza niż instalacja Windows z wszystkimi dodatkowymi sterownikami, programami, itp., dzięki którym system staje się zdatny do użytku. Samo “gołe” Ubuntu instaluje się bez porównania szybciej niż “gołe” Windows. Późniejsza personalizacją też jest dużo szybsza, oczywiście jak ktoś ma wprawę.

Ciekawy TEKST PO ANGIELSKU , którego autor przedstawia dziesięć największych pomyłek i porażek w historii branży komputerowej. Ja osobiście cieszę się, że na liście znalazł się mój własny faworyt Windows ME (znany jako Microsoft Experiment, Moron Edition, Mistake Edition albo Memory Eater). :)

Warto sobie dziś zadać to pytanie. No bo jeśli firma z Redmond zawiera porozumienie o partnerstwie z Novellem, aby w ten sposób zbliżyć się do lunuksowego świata… Celem ma być zbudowanie “mostu” między Windows a Linuksem, aby zwiększyć interoperacyjność i ułatwić życie użytkownikom korzystającym z obu systemów. Microsoft i Novell będą teraz współpracować w wymiarze technicznym i handlowym. Oznacza to m.in. współpracę w ramach wspólnego ośrodka badawczego (m.in. nad wirtualizacją, usługami internetowymi oraz kompatybilnością oprogramowania biurowego). Ponadto Microsoft będzie zalecał swoim klientom, pragnącym koniecznie korzystać z Linuksa, zainstalowanie dystrybucji SuSE. Przypominam, że kilka dni temu Microsoft porozumiał się też z firmą Zend (tą od PHP)… No a wcześniej, także z MySQL i JBoss.

Wszystko to brzmi co najmniej zaskakująco. Przecież do tej pory Microsoft twardo bronił swojej pozycji rynkowej, szermując w tym celu niewybrednymi argumentami natury ideologicznej (Steve Ballmer i Bill Gates twierdzili, że wolne oprogramowanie to “rak” i nowa forma “komunizmu”). Oczywiście Microsoft nie posuwa się aż tak daleko, jak IBM czy Oracle, ale widać wyraźnie, że także firma z Redmond zaczęła doceniać siłę społeczności Open Source, zwłaszcza w zastosowaniach typu enterprise.

Innymi słowy - rosnące rynkowe znaczenie Linuksa zmusza do podjęcia pewnej współpracy. Nie możesz pokonać wroga, to się do niego przyłącz. Microsoft już nie raz pokazywał, że dobrze zna tę zasadę.