You are currently browsing the category archive for the 'makówkowe pole' category.
Garść uwag o sprzęcie po kilku dniach dość intensywnego używania. Po pierwsze Macbook jest lekki, a nawet dość filigranowy. Matryca jest nieduża (13,3 cala), ale gui w Mac OS X jest tak dobrze graficznie dopracowane, że tego się prawie nie czuje. Na ekranie wszystko jest ostre, wyraźne, są żywe kolory, itd. Oczywiście mały rozmiar jest zaletą, jeśli ktoś potrzebuje komputera przenośnego do pracy, a nie kombajnu do wszystkiego. W przeciwnym razie trzeba sobie sprawić raczej Macbooka pro (z kartą graficzną wyższej klasy i większą matrycą).
Część użytkowników drażnić może lustrzany wyświetlacz, zwłaszcza gdy ma się mocne źródło światła za plecami. Ale to rzecz gustu. Np. mojej żonie taki LCD bardzo się podoba.
Obiektywnym utrudnieniem są dość ostre krawędzie drażniące nadgarstki. Niby sprzęt jest opływowy w kształcie, ale krawędzie wewnątrz obłe nie są, co przeszkadza w pracy.
Inna sprawa, o której warto wspomnieć: to nie jest laptop, tylko notebook, co podkreśla firma Apple. To znaczy, że nie bierze ona odpowiedzialności za możliwy dyskomfort związany z trzymaniem sprzętu na kolanach. Macbook lubi się nagrzewać, to fakt. Na szczęście tylko od dołu (na klawiaturze właściwie ciepła nie czuć). Rozwiązanie jest proste: jakaś podkładka, np. komiks
, gdy kładziemy Macbooka na kolanach albo instalacja programu do regulacji pracy wiatraka. To drugie rozwiązanie wychładza sprzęt, ale komputer zaczyna być wtedy słyszalny. Bo normalnie to go właściwie w ogóle nie słychać.
Oczywiście w stresie wiatraki włączają się automatycznie i wtedy słychać szum (moim zdaniem cichszy niż w pecetach), ale gdy obciążenie sprzętu maleje, to po kilkunastu sekundach znów panuje błoga cisza.
Do wad można teź podciągnąć brak czytnika kart, normalnego złącza DV (jest tylko mini-DV, za wtyczkę trzeba zapłacić 20 euro) i obecność tylko dwóch portów USB (hub też tani nie jest) oraz napęd optyczny pozbawiony możliwości “ręcznego” wydobycia płyty. Jeśli włoży się do kieszeni nieczytelną płytkę i Macbook zacznie nią mielić, to może być trudno ją potem wydobyć – może to zająć sporo czasu.
Zalety to oczywiście już wspomniane niewielkie rozmiary (jak dla mnie jest to zaleta), dobra kamerka, niezły dźwięk (może głośniki nie są bardzo mocne, ale jak na laptop wystarczające, a słuchawki od iPoda dają bardzo dobrą jakość dżwięku). Plus za touchpada (duży rozmiar i przewijanie dwoma palcami) i wygodną klawiaturę. Bateria też ma dobrą wytrzymałość, a system zarządzania energią jest nawet bardzo dobry.
Jak zresztą cały Mac OS X – system bardzo szybki, bardzo intuicyjny, niezwykle stabilny, bezpieczny, przystępny nawet dla ludzi słabo obytych z komputerem i naprawdę estetyczny. Windows XP się nie umywa pod żadnym względem. Bardzo odpowiada mi również karta wifi (Airport). Zero problemów z uzyskaniem połączenia przez Airport z neostradą, którą mam w domu, i innymi sieciami wifi.
Generalnie zakupu nie żałuję, aczkolwiek pewne wady można dostrzec. No ale to dotyczy chyba każdego sprzętu. Wymienione tu uwagi krytyczne wcale nie zniechęcają mnie do tego notebooka, bo pomimo kilkuniedociągnięć komfort pracy na Macbooku jest naprawdę wysoki, a sprzęt jak na swoją cenę jest wydajny.
Opisów, jak postawić Ubuntu na Macbooku w sieci nie brakuje. Ot choćby i tu
Ale czy warto to robić, skoro wszysto działa tak pięknie? Nawet bateria cudnie grzeje w kolana w te długie jesienne wieczory. ![]()
Sam już nie wiem, czy warto zajmować część dysku, żeby mieć na notebooku swoją ulubioną dystrybucję linuksową. A poza tym to jednak wymaga trochę krwi, potu i łez… Lektura opisów pokazuje, że trzeba by poświęcić parę godzin na instalację. I tak już się waham od trzech dni. Ubuntu or Not Ubuntu – oto jest pytanie.
Dzisiaj zamieszkał u mnie Macbook (model MacBook 13,3″ Intel Core 2 Duo 2 GHz). I życie nabrało nowych barw
